W naszych Zakładach wolontariusze, obok wykwalifikowanego personelu medycznego, biorą czynny udział w opiece nad obłożnie i nieuleczalnie chorymi pacjentami. Grupa wolontariuszy gotowych poświęcić swój wolny czas i zaangażowanie, pomaga pacjentom i ich rodzinom podczas pobytu w Hospicjum Stacjonarnym i Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym. Okazują ciepło i serdeczność osobom u kresu życia, pomagają rodzinom w towarzyszeniu pacjentowi. Ich pomoc jest nieoceniona.

Wolontariusz towarzyszy chorym, jest przy nich obecny, trzyma za rękę, wysłuchuje, karmi, pielęgnuje. Pomaga również w pracach porządkowych na terenie ZNZOZ, uczestniczy w pracach biurowych, w kuchni, w pralni. W ten sposób również działa na rzecz chorych.

Rola wolontariuszy w opiece paliatywnej została opisana również w rekomendacji Rady Europy: „Wolontariusze odgrywają ważną, często niedocenianą rolę w opiece paliatywnej. Mogą zaoferować chorym gotowość do wysłuchania. Ponieważ nie są zobligowani do profesjonalnego sprawowania opieki nad chorym, mogą całkowicie poświęcić się choremu, który często potrzebuje czasu, aby opowiedzieć o swoim cierpieniu. Obecność neutralnej osoby, pozwala choremu poczuć się czyimś partnerem i być postrzeganym jako osoba żyjąca, która ciągle stanowi część społeczeństwa”.

Chorzy często wolą porozmawiać o swoich problemach i lękach z wolontariuszami niż z personelem medycznym, czy nawet swoją rodziną. Ich problemy bowiem nie muszą należeć do sfery medycznej. Z rodzinami chorzy nie rozmawiają, aby nie przysparzać najbliższym dodatkowych zmartwień. Dlatego wolontariusz jako osoba neutralna, która poświęca swój czas choremu nie dlatego że musi, lecz dlatego że chce, jest często osobą, z którą chce on rozmawiać o swoich problemach.

We wszystkich sprawach związanych z wolontariatem prosimy o kontakt z Koordynatorem Wolontariatu – Ewą Szuster:

- telefonicznie pod numerem 602 111 749

- mailowo na adres: wolontariat.aw@caritasaw.pl

- osobiście:  wtorek   w godz.   13.00 – 18.00, czwartek w godz. 10.00 – 15.00

(pokój w budynku głównym na parterze przy recepcji).

 

To w hospicjum zobaczyłam najpiękniejszą scenę miłości – poruszająca relacja Urszuli Imienińskiej, wolontariuszki hospicjum stacjonarnego Caritas AW

Kiedy przekraczam brukowany podjazd w bramie przy ul. Bednarskiej 28/30, zostawiam za sobą wszystkie te drobiazgi, które na co dzień zajmują mi myśli. Nieważne stają się sprawy z niedalekiej przeszłości, które nie doczekały się rozwiązania ani te z bliskiej przyszłości,  które wciąż czekają na decyzję. Choć jeszcze parę minut temu planowałam w myślach, jak tu zorganizować chrzciny Stasia – czym podjąć gości i jak najlepiej usadzić  kilkunastoosobową rodzinę, martwiłam się, że ogród zarasta i nie ma dobrej pogody na posadzenie kwiatów przed domem – w jednej chwili wszystko to przestaje mieć znaczenie. W bramie hospicjum stacjonarnego Caritas Archidiecezji Warszawskiej  o tym wszystkim zapominam.

Jak za pomocą czarodziejskiej różdżki zostaję oczyszczona, uwolniona i rozgrzeszona z moich przegranych, niespełnionych, zapomnianych spraw, z planów, kreacji, wyobrażeń. To, co mam zrobić, załatwić, kupić, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Przeszłość i przyszłość w bramie przy ul. Bednarskiej 28/30 przestają się liczyć. Ważne jest, że za chwilę powita mnie uśmiechnięta pielęgniarka oddziałowa  Joanna, że zarazi mnie swoją energią i optymizmem pani Ania, a swoim spokojem i łagodnością powita pani Grażyna – psycholog.

Wiadomości wystukiwane palcem po alfabecie

Przebiegam w myślach hospicyjne pokoje. Jak tam czuje się pan Mieciu i czym mnie dziś przywita? Uniesionej do góry ręki nie traktuję już jako prośby o kawę, ale jako gest przywitania. Już się cieszę na jego kolejne opowieści. Pan Mieciu z trudem, ale cierpliwie, wystukuje mi palcem po kratkach alfabetu kolejne wiadomości. Ostatnio podzielił się informacją, że niedługo na świat przyjdzie jego wnuk i tak bardzo chciałby tej chwili  doczekać. Lubię tak siedzieć obok pana Miecia i odczytywać kolejne wyrazy oraz pięknie i barwnie budowane zdania,  słuchać o wspaniałej podróży do Afganistanu,  o dzieciach, które pracują za granicą, o tym, że lubi słońce, sernik i smak kawy.

Jak wnuczka zatańczyła z dziadkiem na wózku

Za parę minut ubiorę żółtą koszulkę i zacznę obchód. Posiedzę chwilkę przy łóżku pana Stanisława. Najpierw zrobię mu kawę. Wiem, że ma być czarna, bez cukru i nie za gorąca. Przysunę mu stolik do łóżka, żeby miał wszystko pod ręką i będziemy wyglądać pani Moniki. Prześliczna wnuczka i syn są u niego codziennie. Rozmawiają, rozbawiają i spełniają zachcianki pana Stanisława. Ostatnio pani Monika włączyła cichutko radio, posadziła ukochanego dziadka na wózku i tańczyła z nim, wirując po sali. Ależ była radość! Leżący obok pan Janusz miał łzy w oczach. – Jakby na chwilę anioł do tej sali przyfrunął i tańczył – relacjonował wzruszony.

Pan Janusz, chociaż przykuty do wózka, to wciąż przystojny mężczyzna. Sam ma niezwykłą historię życia. Poznaję jej kolejne rozdziały dzięki pani Hani, żonie pana Janusza, która dzieli się nią ze mną po kawałku. Pan Janusz to znany kartograf, który na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pracował biurko w biurko z pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim. To też utalentowany malarz, pisarz. Jego wspomnienia z czasów okupacji zostały opublikowane w Zeszytach Pamięci Powstania Warszawskiego. Jego obrazy z przedwojennej, powstańczej i powojennej Warszawy przez kilka lat wystawione były w Muzeum Szlachty Mazowieckiej w Ciechanowie. Jak sam wspomina: Powstawały na podstawie zdjęć dokumentujących zniszczoną Warszawę oraz moich osobistych wspomnień. Ja tamtą Warszawę widziałem, żyłem wśród jej ruin.

Jego obrazy były eksponowane na wielu wystawach i spotkaniach. Za każdym razem budziły ogromne emocje. Jego grafika św. Anny z Faras przez długie lata była rozpoznawalnym logo Warszawskiego Muzeum Narodowego, a jego obrazy św. Faustyny, św. Rodziny i św. Anny zdobią  do dziś kościół w Białobrzegach.

Pani Hania, piękna i dobra, która codziennie jest u męża i której życie jest nie mniej barwne niż życie pana Janusza, robi plany, żeby pojechać z nim do  ośrodka rekolekcyjnego Emaus w Turnie koło Białobrzegów. Jest tam wciąż zapraszany jako gość honorowy, bo i tam wiszą malowane przez pana Janusza obrazy.

Najpiękniejsza scena miłości

Kiedy wchodzę do następnego pokoju, to na łóżku przy szafie wciąż widzę panią Ewę z warszawskiej Pragi. I słyszę jak mówi: Ojej! Nie brzydzi się pani tak mnie ściskać za ręce? No bo przecież mam to raczysko i może być zaraźliwe! Nie? No to niech mnie pani jeszcze potrzyma…  Żałuję, że tylko ten jeden raz trzymałam panią Ewę za ręce…

Kiedy spoglądam na drugie  łóżko od okna, to widzę najpiękniejszą scenę miłości, jaka może się ludziom przydarzyć. To był jeden z ostatnich dni pani Jadwigi. W sali było cicho. Łyżka za łyżką karmiłam leżącą obok panią Zofię. Przy łóżku pani Jadwigi jej mąż – a to poprawiał jej poduszki, a to coś podawał, przynosił. Widać było, że nie mógł sobie znaleźć miejsca. Wyszłam z sali, żeby nie przeszkadzać. Kiedy weszłam ponownie, przed moimi oczami rozgrywała się najpiękniejsza scena miłości. Mąż pani Jadwigi trzymał jej twarz w swoich dłoniach i obsypywał ją najczulszymi pocałunkami. Jej siwe i nieuczesane włosy, pomarszczone powieki, zapadnięte policzki nie miały znaczenia. Biła od tych dwojga taka czułość, dobro i piękno, czuło się w powietrzu takie wzruszenie, jakby sam anioł towarzyszył tej wieczornej chwili pożegnania.

Kupa śmiechu

Czasami z nadmiaru dobrych chęci zdarzają się nam, wolontariuszom, też zabawne historie. Takie jak ta. Kiedyś jedna z wolontariuszek stała przy łóżku chorego i poprawiała mu – a to poduszkę, a to kołdrę i pytała czy dobrze, a ten coraz bardziej zdenerwowany kręcił głową, że nie o to mu chodzi. Może chce pan pić, może coś podać? – dopytywała wolontariuszka, a zdenerwowanie pacjenta rosło. Wreszcie podała pacjentowi, który miał trudności z mówieniem, kartkę z literkami, a on wypisał – „ODSLOŃ MI”. Bo wolontariuszka zasłaniała ekran telewizora, a właśnie miał skakać Kamil Stoch i ważyły się losy kryształowej kuli! Śmiejemy się za każdym razem, kiedy to wspominamy, ale i uczymy się, jak pomagać mądrze i nie za wszelką cenę. Uczymy się też tego na stałych spotkaniach z psycholog, panią Grażyną Niewiadomską.

Kawa nigdy nie jest za mocna

W hospicjum poznałam też pana Tadeusza. Często prosi o kawę. Napar ma się składać z trzech łyżeczek kawy i czterech cukru. Kiedy kolejny raz się dziwię i mówię, że to smok, a nie kawa, uśmiecha się zadowolony  i wypowiada swoje credo: Kawa nigdy nie jest za mocna ani za słodka. I jeszcze dla pana Wojtka mam zrobić taką samą, bo pan Tadek lubi się dzielić z sąsiadem.

Pan Kazimierz, który leży w sali obok, lubi zjeść po obiedzie utarte jabłko, więc trę, karmię go i słucham opowiadania o powojennych latach jego pracy jako elektryka w Domu Partii.  O czasach, kiedy pani Wanda Górska, sekretarka ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta i towarzyszka jego życia, tak bardzo lubiła kino, że on, elektryk, urządzał salę z projektorem kinowym w dawnym Domu Partii. Dzięki temu pani Wanda mogła oglądać sprowadzane tylko dla niej francuskie filmy.

Lubię zatrzymać się przy łóżku pani Halinki. Tyle w niej optymizmu, wiary. Podziwiam, z jaką ufnością ofiarowuje swoje cierpienie Jezusowi.

I lubię hospicyjnych wolontariuszy. W piątki dyżuruje piękna i dobra jak anioł Małgosia. Lubię cichutką Irenkę, Elę, Grażynkę, Krysię, która jest zawsze, Ewę, która mnie zmobilizowała w chwili, kiedy chciałam się wycofać z hospicyjnego wolontariatu… Nie umiałam się na początku odnaleźć.  Do kogo mam tu przychodzić? – zastanawiałam się.

Dobrze, że jesteś

Zanim zostałam wolontariuszką w hospicjum stacjonarnym warszawskiej Caritas, przez pięć lat byłam wolontariuszką w Domu Geriatryczno-Rehabilitacyjnym o. Bonifratrów. Przez pięć lat towarzyszyłam tamtejszym pensjonariuszom – pani Marii i panu Władysławowi. Wychodziliśmy na spacery, słuchaliśmy swoich historii, poznawaliśmy swoje życie. Byłam jak córka, jak siostra, na przyjście której się czeka.  Aż przyszedł dzień, w którym najpierw pan Władysław, a później pani Maria – odeszli.

Przez rok nie chciałam nikogo odwiedzać, z nikim innym dzielić się czasem. Potem zapukałam do Caritas  Archidiecezji Warszawskiej. Psycholog i koordynator wolontariuszy, pani Anna Maria Błotnicka, podczas wstępnej rozmowy zaproponowała mi wolontariat w hospicjum. Ucieszyłam się. Zawsze chciałam pomagać tym, którzy najbardziej tej pomocy potrzebują.

A jednak ja, wolontariusz z kilkuletnim doświadczeniem, nie mogłam się odnaleźć w hospicjum. – Nie musisz przychodzić do kogoś. Przychodź w ogóle, do wszystkich – podsumowała rzeczowo moje wątpliwości  Ewa i ogłosiła pospolite ruszenie wszystkich wolontariuszy do pomocy w organizowaniu Wigilii – do przedświątecznego szykowania, mycia, czesania, układania fryzur, przygotowywania stołów. I usłyszałam: – Dobrze, że jesteś.

Wytrwałam w hospicjum. Bo czy jest jakieś inne miejsce, gdzie usłyszę tyle komplementów? Że jestem miła i dobrze, kiedy jestem? Że robię kawę z sercem i skąd mam taką cierpliwość? Czy jest inne miejsce, w którym, choć czas dobiega końca,  dzieją się tak piękne historie miłości, wiary, zaufania, nawróceń. Tak jak historia pana Mieczysława, który przeżył tu  spowiedź i przyjął komunię świętą.

Życiem warto się dzielić

Jest maj. Po wielu deszczowych dniach nareszcie trochę słońca. Jak w każdy piątek biegnę do hospicjum. Wyłączam telefon,  zakładam pomarańczową koszulkę z napisem „wolontariusz”. Za chwilę zacznie się msza święta, na którą zwieziemy chorych . Dawid, jak nie zaśpi, będzie dzwonił mosiężnymi dzwonkami, wolontariuszka Elżbieta pięknym głosem zaśpiewa psalmy, a ksiądz Jacek w kazaniu znajdzie jakieś dobre słowo dla nas – wolontariuszy. Jeszcze przed obiadem pojedziemy na spacer do ogrodu. Posiedzimy na słońcu, popatrzymy, jak ptaki budują gniazda, jak samoloty przecinają błękitną przestrzeń. I nigdzie nie będziemy się spieszyć…